Archive for the Category » RECENZJE KSIĄŻEK «

PORA DOBREJ KSIĄŻKI.

SALONIKOWE WIEŚCI

NASZA CZYTELNICZKA POLECA

 

Dawka życia Lizzie Enfiled pochyla się nad głośnym od pewnego czasu tematem szczepień.

Główna bohaterka, Isobel, pod wpływem doniesień o możliwości wykształcenia się autyzmu u zaszczepionych dzieci, dobrowolnie rezygnuje z tej formy chronienia swoich pociech przed groźnymi chorobami.

Na skutek tej decyzji oraz szerzącej się w okolicy epidemii (Isobel nie jest jedyną matką, która przestraszona doniesieniami, odmawia szczepień), jej córka zaczyna chorować na odrę. Mimo że jej samej udaje się wyjść z wszystkiego cało, zaraża dziewięciomiesięczną córkę przyjaciół rodziny, która na skutek powikłań po bardzo gwałtownym przebiegu choroby, głuchnie obustronnie. Ojciec Iris, Ben, wiedziony żądzą zemsty za egoistyczne zachowanie Isobel, swojej dawnej kochanki, a także kierowany nagromadzonymi przez lata żalami, postanawia wejść z przyjaciółmi na ścieżkę prawnej egzekucji pieniędzy. Wie, że Isobel i Erica nie stać na wypłacenie żądanego przez nich odszkodowania, to jednak dodatkowo go nakręca. Chce on bowiem zmusić przyjaciół do wzięcia odpowiedzialności za sytuację jego córki, chce obarczyć ich poczuciem winy, którego – jak sądzi – w ogóle nie doświadczają. Pragnie odebrać ich idealnej rodzinie coś, co – jak zaślepiony zemstą uważa – oni ukradli jemu i jego najbliższym.

Choć całość fabuły zbudowana została na szkielecie tworzonym przez motyw szczepień i narosłych wokół nich kontrowersji, książka Enfield traktuje je wyłącznie jako punkt wyjścia i osnowę narracji, koncentrującej się głownie wokół tematu winy i odpowiedzialności.

Autorka stawia pytania o to czy decyzja o nieszczepieniu dzieci jest formą świadomego wyboru czy też konsekwencją społecznego zastraszania i mody, która może powodować nawrót ciężkich chorób, już dawno pokonanych; zastanawia się czy rodzice mają prawo nie szczepić swoich pociech, narażając tym samym inne dzieci na niebezpieczeństwo. Skupia się ona także na tym, kogo wówczas uznać za winnego – matkę starającą się chronić własne dziecko kosztem innych; czy też los, który nieopatrznie pozwolił na szerzenie się okrutnej choroby wybranej jako miejsce zło obok poszczepiennego autyzmu.

Enfield kreśli powieść oczami Isobel oraz oczami Bena, dzięki czemu czytelnik może wejść w skórę każdej ze stron sporu, poznając jej argumenty, sposób myślenia i motywacje. Historia ta brutalnie odsłania także rodzinne konflikty, które dotąd były zamiatane pod dywan, a które wybrzmiały jako skutek tragiczne sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Poza kwestiami winy, odpowiedzialności i zemsty, autorka porusza temat lojalności oraz zmusza czytelnika do opowiedzenia się po jednej ze stron i odpowiedzenia na pytanie – komu należy się większe współczucie? Czy warto poświęcać lata przyjaźni w imię prywatnej wendety?

Enfield utkała powieść wzbudzającą wiele emocji, szczególnie, że temat szczepień jest bardzo nośny i wciąż kontrowersyjny. Szkoda tylko, że mniej skupiono się na nim samym, więcej zaś na konsekwencjach wyboru bohaterki i związanym z nim praniem brudów z przeszłości.

Niemniej, sięgnąć warto.

Anna Szczurek – czytelniczka Filii nr 16

odnośnik do www.recenzjeksiazek.pl

Czytelniczka poleca. Recenzja książki

 

PORA DOBREJ KSIĄŻKI

 

Nie jesteś sobą

Nie jesteś sobą to historia, która niejednemu mogłaby wycisnąć łzy z oczu. Mogłaby, choć raczej tego nie zrobi. Utrzymana w słonecznej tonacji okładka wcale nie zapowiada miejscami przytłaczającej treści.

Oto trzydziestosześcioletnia Kate, bizneswoman, która doskonale spełniała się w kuchni, otoczona niegdyś wianuszkiem przyjaciół i znajomych, cierpi na stwardnienie zanikowe boczne. Choroba postępuje wyjątkowo szybko, w  mgnieniu oka przykuwając kobietę do wózka inwalidzkiego. Opiekę sprawuje nad nią mąż, jednak, by prowadzić w miarę normalne życie, potrzebna jest mu pomoc. Zatrudnia Bec – młodą dziewczynę uwikłaną w romans z żonatym mężczyzną, swoim wykładowcą.

Bohaterka ma pomagać kobiecie podczas wakacji w podstawowych kwestiach – musi ją umalować, uczesać, wypełnić domowe obowiązki.

Szybko jednak okazuje się, że życie Kate jest jeszcze bardziej skomplikowane – jej mąż nie radzi sobie z chorobą żony i po serii zdrad postanawia ją opuścić, zostawiając kobietę samą sobie.

Bec widząc tragedię kobiety, którą się opiekuje, zacznie zadawać sobie trudne pytania o sens własnego życia.

Michelle Wildgen utkała powieść afirmującą życie, która daleka jest od ckliwości. Mimo że podejmuje ona ważki temat i napisana jest sprawnie, miałam wielką trudność z dostatecznym zaangażowaniem emocjonalnym – wydaje się, że w warstwie językowej zabrakło czegoś, co stanowiłoby rusztowanie powieści, pozwalało na głębokie przeżywanie historii, połączone z eksplozją uczuć. Nie jest ona tak dobra, jak się spodziewałam. Odnoszę wręcz wrażenie, że w przypadku tej historii, film z  Hilary Swank w roli głównej, może mieć zdecydowanie większą moc rażenia. To, co tutaj zostało niedopowiedziane i niedopracowane, prawdopodobnie doskonale wybrzmi w języku filmowym.

Zbyt wiele opisów codziennych czynności, zbyt mało głębi.

Jednak aby móc to ocenić – koniecznie sięgnijcie najpierw po powieść.

 

Anna Szczurek – czytelniczka Filii nr 16

LITERACKIE WIEŚCI. Warto przeczytać. Recenzja książki

 

LITERACKIE WIEŚCI

WARTO PRZECZYTAĆ

 

Ziemia kłamstw otwierająca Sagę rodziny Neshov doczekała się wznowienia. Powtórnego wydania, które kolejnym czytelnikom pozwoli na zakosztowanie norweskiego bestsellera, który być może dotąd znali jedynie dzięki serialowi.

Oto dzieje rodziny, której losy splątane są tak bardzo, że jeszcze długo przyjdzie je odbiorcy rozsupływać. Na krótko przed świętami Bożego Narodzenia, Anna Neshov trafia do szpitala z powodu nieoczekiwanego wylewu i leżąc na łożu śmierci, gromadzi wokół siebie całą rozproszoną i nieutrzymującą z sobą kontaktów od lat rodzinę. Synów: Erlenda, dekoratora wystaw sklepowych w Kopenhadze, pederastę trwającego w wieloletnim związku i nigdy niezaakceptowanego przez rodzimą społeczność; Margida, właściciela małego zakładu pogrzebowego, zawsze towarzyszącego ludziom w ich ostatniej drodze oraz Tora, hodowcę świń, depozytariusza rodzinnego majątku, ojca Torunn, którą widział raz w życiu, i z którą teraz ma spotkać się ponownie. Mężczyźni poza zmierzeniem się z chorobą matki, muszą przede wszystkim skonfrontować się sami ze sobą: ich relacje pełne są niedomówień, niewiedzy, znaków zapytania, które mają szansę zostać wyprostowane.

Zdaje się, że choroba nestorki rodu jest jedynie pretekstem do opowiedzenia historii o poszukiwaniu własnych korzeni, którą to drogę przejść będzie musiała nie tylko oczywista Torunn, ale także jej ojciec oraz stryjowie.

Poza główną osią narracyjną, autorka poddaje analizie małomiasteczkowość, która prawdopodobnie sprowokowała jedną z najmłodszych postaci pojawiających się w tekście do samobójstwa. To właśnie jego wątek otwiera całość i ukierunkowuje myślenie czytelnika. Odtąd wie on z jaką społecznością będzie miał do czynienia, jak źle się w niej oddycha i z jak wielkim trudem przychodzi bycie innym niż wyznaczają to sztywne ramy utrwalonych wzorców osobowych i charakterologicznych oraz orientacyjnych. Autorka kreśli opowieść o eskapizmie, wielorakich formach ucieczki przed konfrontacją i pogodzeniem się otaczających nas ludzi z naszym sposobem życia.

Czterotorowo prowadzona narracja niejako od początku przygotowuje nas na zakończenie, które zmienia obraz całej historii, rzuca na nią nowe światło, pokazuje jak wiele tajemnic kryje każda rodzina i jak dramatyczne konsekwencje może mieć ich ukrywanie oraz spóźnione wyznanie.

Obsypane nagrodami, sprawnie napisane, warte uwagi preludium do sagi, której długo wyczekiwana część czwarta już niedługo zagości na księgarnianych półkach. Jeśli tęsknicie do serii, która zostanie z Wami na dłużej i stanie się przyczynkiem do zastanowienia się nad własnym życiem i relacjami, a wciąż nie znacie Anne B. Ragde – sięgnijcie po Ziemię kłamstw, a nie doznacie zawodu. Przygotujcie się jednak na dłuższą czytelniczą podróż.

 

Anna Szczurek, czytelniczka Filii nr 16

http://www.recenzjeksiazek.pl/2017/04/ziemia-kamstw-anne-b-radge.html

 

 

Warto przeczytać. Czytelniczka poleca.

 

PORA DOBREJ KSIĄŻKI

 

Lampiony – długo wyczekiwana trzecia część tetralogii Katarzyny Bondy, której żywiołem patronackim jest ogień, niedawno pojawiła się w księgarniach i już okrzyknięta została bestsellerem.

Tym razem autorka bardziej niż na wątek kryminalny – który nota bene wciąż króluje – postawiła na grę miastem. To Łódź, nie kto inny, nawet nie Sasza Załuska, jest tutaj główną bohaterką.

Od Okularnika, który wzbudził we mnie ogromne emocje, minęło już nieco czasu. Głowa uwolniła się od myśli towarzyszących tamtej lekturze i gotowa była na rozniecenie prawdziwego ognia.

Czy się udało? Czy Bonda po raz kolejny rozpaliła moją wyobraźnię, czy też pozostawiła po lekturze jedynie mały, tlący się płomyk dobrych wrażeń?

Sasza Załuska, co nie w  smak jest niektórym jej byłym współpracownikom, dzięki sile kobiecej zostaje przyjęta do gdańskiej policji. Jej pierwszym zadaniem jest stworzenie profilu podpalacza, który dziesiątkuje Łódź. Przestępca nie tylko sprawia, że miasto płonie, ale wielokrotnie także i wybucha. Zdaje się, że ktoś przyjął za punkt honoru wypalić je do cna.  Jakby tego było mało wydarzeniom towarzyszą napady, szczególnie na bezdomnych, cudzoziemców oraz naiwnych starszych ludzi, od których wyłudzane są pieniądze. Krążą także plotki, że w mieście pleni się szajka należących do ISIS terrorystów, co wzbudza powszechną panikę. Załuska nie ma łatwego zadania – mnogość dramatycznych wydarzeń wydaje się zacierać ślady, maskować trop prawdziwego podpalacza, rzucając podejrzenia na coraz to nowe osoby. Wydaje się również, że wszystko to, co dzieje się w  Łodzi dąży do szaleńczego oczyszczenia i wypalenia miasta – ze zła czy z dobra – odpowiedź na to pytanie musi znaleźć bohaterka sama.

Bonda wie co robi, wprowadzając na scenę mnogość bohaterów, którzy początkowo wprawiają czytelnika w  dezorientację – dzięki temu zabiegowi może on choć przez moment, choć w minimalnym stopniu poczuć się jak wrzucona w  centrum wydarzeń profilerka.

Mimo jednak, że na scenę wprowadzonych zostaje gros postaci, a całość powinna pędzić jak szalona – większą część powieści wynudziłam się, oczekując chwil napięcia, zmian kierunku śledztwa czy chociażby momentu zaskoczenia. Dopiero ostatnie kilkadziesiąt stron wciągnęło mnie na dobre, nie zdołały one jednak zatrzeć w pamięci kilkuset minionych, których lektura szła mi nieco opornie.

Dużo w części tej wątków z  prywatnego życia Saszy – mogę Wam zdradzić, że wiele się w nim zmieni. Powieść oczywiście urywa się – ale do tego nas już Bonda przyzwyczaiła – w  punkcie zapalnym, sprawiając, że kolejnego tomu – mimo nie do końca spełnionych oczekiwań – tęsknie będziemy wypatrywać w  zapowiedziach wydawniczych.

I tak też robię. Oczekuję zakończenia tetralogii co najmniej na miarę Okularnika, a mam nadzieję, że i na jeszcze lepszą!

www.shczooreczek.blogspot.com

Anna Szczurek czytelniczka Filii nr 16 MBP

Pora dobrej książki. Czytelniczka poleca. Recenzja.

 

SALONIKOWE WIEŚCI

 

PORA DOBREJ KSIĄŻKI

 

Księga wieszczb

Księga wieszczb to klimatyczna opowieść o rodzinnych sekretach, pełna unoszącej się wokół niej magii, kart tarota, klątw i niespełnionych miłości.

Simon Watson, młody (były) bibliotekarz, który właśnie utracił pracę z powodu cięć budżetowych, mieszka samotnie w domu, który z dnia na dzień coraz bardziej niszczeje i któremu grozi osunięcie się z klifu. Mężczyznę nie stać na renowację, a opuścić go nie jest w stanie – dom należał bowiem do jego ukochanych rodziców, którzy już nie żyją. Matka, mimo posiadanych umiejętności wielominutowego przebywania pod wodą, utonęła, ojciec zaś zmarł z żalu kilka lat później. Siostra, Enola, uciekła do cyrku, kontynuując rodzinną tradycję i zostawiając Simona samego. Pewnego dnia opuszczony bohater otrzymuje tajemniczą przesyłkę – wiekową księgę, będącą uszkodzonym przez wodę dziennikiem cyrkowym sięgającym schyłku XVIII wieku. Zastanawiające dla mężczyzny jest to, skąd na okładce książki znalazło się nazwisko jego babki i jakim sposobem tak wartościowy wolumin trafił w  jego ręce…

Czym bardziej Simon zaczytuje się w księdze, tym więcej frapujących ustępów w niej znajduje. Odnotowano w nim bowiem między innymi utonięcie cyrkowej syreny – dokładnie w tym dniu, w którym zginęła jego matka. Zdaje się, ze dziennik łączy się z dziejami jego rodziny, a newralgiczna data – 24 lipca – niepokojąco się zbliża. Na dodatek obarczona – jak sądzi bohater – klątwą siostra, zachowuje się coraz bardziej osobliwie…

Czy mężczyźnie uda się ocalić życie Enoli? Jakie jeszcze sekrety skrywa tajemnicza księga?

Erika Swyler spisała opowieść znaczoną magią, przepowiedniami i przypuszczeniami. Zdaje się, że każdy – nawet najbardziej przypadkowy bohater – jest tutaj złączony niewidzialną, tajemną nicią. Podczas odkrywania rodzinnych sekretów, Simon dowie się rzeczy, które na zawsze powinny zostać przemilczane.

Książka ta, mimo fascynującego tematu, jest dosyć nierówna. Czuć tutaj niepewne jeszcze pióro obiecującej debiutantki, a jednak całość wypada zadziwiająco dobrze. Uroku całości niewątpliwie dodaje kapitalna okładka, przykuwająca uwagę każdego miłośnika książek. Obiecuje ona klimatyczną opowieść, którą faktycznie otrzymujemy.
Jeśli ciekawią Was losy rodzinny obarczonej klątwą sięgającą końca XVIII wieku – zachęcam do lektury!

 

Anna Szczurek, czytelniczka Filii nr 16

WAKACJE Z KSIĄŻKAMI. CZYTELNICY CZYTELNIKOM. RECENZJA.

 

SALONIKOWE WIEŚCI

WAKACJE Z KSIĄŻKAMI

Historia pszczół – Maja Lunde

 

Maja Lunde w swojej bestsellerowej opowieści splata trzy wątki spojone niczym miodem – tytułową historią pszczół właśnie.

W  dobie paranoicznego wręcz lęku przed końcem świata, mogącym nas zaskoczyć w każdej chwili, scenarzyści filmowi prześcigają się w swoich (post)apokaliptycznych wizjach. W tych samych czasach, w których ludzie budują okopy, by skryć się przed nieuniknionym, rozwijają technologie i zamieszkują w kosmosie, w tych samych czasach zapominamy o tym, co o wiele bardziej prawdopodobne – o końcu świata jaki znamy, który może nadejść, gdy nie zaczniemy chronić pszczół – dających nam nie tylko słodki miód, ale przede wszystkim zapylających wszystko to, co pozwala nam przetrwać.

1852. William to przyrodnik, który po miesiącach niemocy, spowodowanej prawdopodobnie ciężką depresją, wpada na pomysł zrewolucjonizowania konstrukcji ula. Mimo braku wsparcia ze strony syna, w  którym chciałby widzieć pomocnika, całkowicie zatraca się w swoim projekcie, nie wiedząc przy tym, że podczas miesięcy jego marazmu, ktoś inny zdołał już przekuć (nie)jego ideę w czyn.

2007. George prowadzi rodzinną hodowlę pszczół, którą po latach ma zamiar przekazać swemu synowi, Tomowi. Niestety los ma inne plany. Chłopak, podczas studiów dostał propozycję wysokiego stypendium naukowego na kontynuowanie nauki podczas robienia doktoratu. Dumę z osiągnięć syna zupełnie przyćmiewa jednak smutek wynikający z tego, że nie chce on zostać kontynuatorem rodzinnej tradycji. Oliwy do ognia dodaje jeszcze zapaść powodująca coraz szybsze wymieranie pszczół na terenie całych Stanów.

2098. Na świecie nie ma już żadnych pszczół. By nie zabrakło jedzenia, ludzie niemalże niewolniczo, w pocie czoła pracują nad zapylaniem kwiatów. Wśród nich znajduje się Tao, kobieta, która przez pracę widuje swojego małego synka jedynie wieczorami. Gdy w końcu zarządzony zostaje wolny dzień, kobieta wraz z rodziną wyrusza na piknik, podczas którego dochodzi do tragedii. To jednak, co dla niej zdaje się dramatem, dla świata może być cudem.

Trzy przestrzenie czasowe, trzy historie, wszystkie zlepione pszczelim miodem.

Książka Lunde jest tym bardziej poruszająca, że zapisana przez nią wizja świata wcale nie jest nieprawdopodobna, a wręcz przeciwnie – bardzo możliwa. Coraz częściej słyszy się o tym, jak zaczyna brakować pszczół i jakie może to mieć konsekwencje. Wydaje się, że trzy splecione opowieści to jednie pretekst do tego, by pokazać jak było, jak jest i jak może być, jeśli nie zaczniemy dbać o nas ekosystem i wspierać pracowite pszczoły w ich trudnym i pożytecznym zadaniu. Reszta jest dodatkiem, konieczną obudową fabularną, przyczynkiem do dyskusji na temat o wiele istotniejszy. Polecam książkę, szczególnie zaś pochylenie się nad problemem.


Anna Szczurek, czytelniczka filii nr 16

WARTO PRZECZYTAĆ. PORA DOBREJ KSIĄŻKI

CZAS NA LEKTURĘ

 

Górny Śląsk.

Sebastianowi właśnie urodziło się dziecko, o które wciąż się lęka. Nie ma świadomości, że pracuje w aptece mieszącej się w budynku, w którym niegdyś oficjalnie leczono ciężko chore dzieci. Prawdą było jednak to, że owe miejsce stanowiło centrum eksperymentalne, będące częścią akcji T4 wymierzonej między innymi właśnie w  najmłodszych.

Gdy mężczyzna pierwszy raz słyszy o ponad dwustu niewinnie zmarłych ofiarach, niedowierza. To jego niedowierzanie jest źródłem narracji, która przenosi nas do czasów, kiedy to w obronie chorych nie stawał nikt, a Niemcy mogli robić co chcieli.

Jedną z bohaterek jest Zefka, wracająca na Śląsk po dwu latach robót w Niemczech. Wracać wcale nie chciała, bowiem przez miniony czas dostała więcej miłości niż kiedykolwiek dotąd. Jej opowieść jeży włos na głowie.

Inną postacią kobiecą jest prof. Luben, lata temu prowadząca eksperymenty na dzieciach, odpowiedzialna za śmierć wielu z nich. Nie czuje się winna, choć oczywiście nie opuszcza jej strach przed karą.

Wystarczą te dwie historie, by ugrzęznąć w bolesnej przeszłości, być świadkiem dramatycznych wydarzeń opisanych językiem rozedrganym od emocji.

Mimo że rzecz dzieje się na Śląsku, gdzie ludzie są hardzi i twardzi, a ich życiowe doświadczenia nigdy ich nie oszczędzają, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że opisywane wydarzenia mogły złamać najsilniejszych i każdy chce o nich zapomnieć, choć zapomnieć się nie da i nie można, by błędów historii nie powielać.
Góra Tajget poruszyła mnie o wiele bardziej niż często z nią zestawiani Wybrańcy. To co tam było odarte z emocji i przekazane jaki suchy fakt, tutaj od emocji wręcz kipi. Choć powieść nie ma dużych gabarytów, jej lekturę musiałam dozować i przerywać. Mnoży się w niej od nad wyraz sugestywnych opisów, z  których najbardziej wrył mi się w pamięć ten po zbiorowym gwałcie na jednej z bohaterek, który pozwolę sobie przytoczyć w całości:

Komórka jajowa, już dojrzała i gotowa na przyjęcie słynnego daru życia, jest oszołomiona ilością materiały genetycznego z  odległego wschodu. Na co się tu zdecydować – zabójca kobiet w ciąży, gwałciciel dzieci, masowy morderca, a może po prostu ten zwykły żołnierz z  Ukrainy, gnany zemstą za dziecko zabite przez Einsatzgruppen? Taki wybór, tyle możliwości![1]

Przejmująca, mocna lektura, która na długi czas wyryje Wam się w pamięci.

Szczerze polecam.

                 Anna Szczurek, czytelniczka Filii nr 16

http://shczooreczek.blogspot.com/2016/06/gora-tajget-anna-dziewit-meller.html



[1] Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, Warszawa 2016, s. 160.

WARTO PRZECZYTAĆ. Pora dobrej książki.


SALONIKOWE WIEŚCI

 

Miejsce dla dwojga – Richard Paul Evans

Miejsce dla dwojga to już czwarta część Dzienników pisanych w drodze. Poprzednie, Dotknąć nieba, Na rozstaju dróg i Kręte ścieżki opisywały powolną drogę Alana do odnalezienia samego siebie po dotkliwej stracie. Mężczyzna w nagły i tragiczny sposób został pozbawiony najbliższych, które to wydarzenie sprawiło, że utracił on chęć do życia. Za wszelką cenę próbował zapomnieć o swoich doświadczeniach, jednak ich ciężar był tak wielki, że nie skutkowała żadna metoda. Uzdrowienie miała mu przynieść piesza wędrówka wzdłuż całej Ameryki, poczynając od Seattle.

Oczywiście bohater nie miał żadnego planu na tę podróż – wziął jedynie mały plecak i na przekór głosowi rozsądku oraz gorącym prośbom ojca o zaniechanie wyjścia, wszedł na szlak, dążąc do oczyszczenia umysłu.

Nie do końca zdawał sobie wówczas sprawę, że idąc samotnie, skazuje się na nieustanne rozmowy z sobą samym. Autorefleksom wydaje się nie być końca, bolesne wspomnienia bombardują bohatera otoczonego ze wszystkich stron ciszą co rusz. Poza trudnościami psychicznymi, towarzyszą mu także te fizyczne oraz techniczne – wówczas może jednak liczyć na pomoc incydentalnie spotkanych ludzi.

Miejsce dla dwojga rozpoczyna i kończy się wieściami tragicznymi. Oto bohater niemalże przypadkowo dowiaduje się, że ma nowotwór mózgu – oponiaka – i musi zawiesić swoją wędrówkę. Trafia do szpitala, gdzie czeka go poważna operacja, a następnie wraca do domu ojca, by poddać się rekonwalescencji. Dla jego taty sytuacja wydaje się jasna – syn nareszcie zaprzestanie wędrówki, która od początku wydawała mu się fatalnym pomysłem.

Alan jednak ma zupełnie inne plany…

Richard Paul Evans w swoim cyklu drogi po raz kolejny zwraca uwagę na istotne elementy przeżywania ziemskiej wędrówki. Zdaje się krzyczeć o tym, jak ważna i oczyszczająca jest autorefleksja, jak konieczne są chwile samotności i wyciszenia, podczas których możemy medytować i rozważać swoją rzeczywistość, wsłuchiwać się w siebie i  i uporządkować swoje wnętrze. Lektura jego książki może przynieść nie tylko oczekiwaną rozrywkę, ale także sprowokować do zastanowienia się nad sobą – jakże dziś koniecznym.
Czyta się jak zawsze lekko, płynnie i – mimo wyjątkowego ciężaru doświadczeń bohatera – lekturę kończy się z nadzieją patrząc w przyszłość.

 

                       Anna Szczurek, czytelniczka Filii nr 16

 

http://shczooreczek.blogspot.com/2016/05/miejsce-dla-dwojga-richard-paul-evans.html

WARTO PRZECZYTAĆ. Pora dobrej książki

SALONIKOWE WIEŚCI

PORA DOBREJ KSIĄŻKI

Niy ma gańba gŏdać po ślōnsku (Komisorz Hanusik i Sznupok – Marcin Melon)

 

Komisorz Hanusik i Sznupok to kolejna część przygód tytułowego komisarza wychodząca spod pióra Marcina Melona, dziennikarza, nauczyciela, Ślązaka. Po raz pierwszy jednak, publikacja otwiera się na szerszą publiczność.

Dotąd pisana była w gwarze śląskiej, stąd jej lekturze mogli oddawać się jedynie ci, którzy swobodnie się nią posługiwali. Chcąc, nie chcąc, zawężało to grono czytelnicze i sprawiało, że wątki Górnego Śląska tak kapitalnie w tę prozę wplecione, mogły pozostać odbierane jedynie przez tych, którzy w  miejscu tym żyją i dodatkowo żyją odmianą języka, tak często już przez młodsze pokolenia zapominaną.

Tym razem autor skusił się na wersję niejako dwujęzyczną. Jest i po polsku i po naszymu. Dostrzegam w tym wiele plusów.

Po pierwsze: ten, kto zaciekawiony jest losem Śląska i kryminałem pisanym w ślōnskij gŏdce, a nie operuje nią wcale, bądź nie posługuje się nią na tyle sprawnie, by w pełni zrozumieć intrygę zawartą w powieści, bez obaw może po książkę sięgnąć, mając po jednej stronie zapis w wersji oryginalnej, po drugiej zaś wersję spisaną literacką, poprawną polszczyzną.

Po drugie, jest to kapitalna sprawa dla tych, którzy chcieliby gwarę sobie przyswoić, przypomnieć, a nie mają wokół siebie już nikogo, kto mógłby im ją przekazać i jego działania wspomóc. Taki czytelnik na bieżąco może korzystać z oryginału i tłumaczenia, sprawnie i w naturalny sposób przyswajając kolejne słówka i sformułowania.

Po trzecie, nawet Ci, u kerych w domach sie gŏdało, coraz częściej zauważają zubożenie gwary i powolne wypieranie jej przez polszczyznę lub co gorsza – slangi i naleciałości z innych kultur. Dla tych książka ta może stać się kapitalną formą ożywienia gwary i bitwą o jej nieprzemijalność.

Po czwarte, to kapitalna rozrywka. Wiele kwestii wypowiedzianych w gwarze skrzy się żartem, zaś przetłumaczone na polszczyznę ogólną tracą swoją humorystyczność. Siłą rzeczy gwara literacka nie jest, zaś klasycznie pisana powieść, zachowana w języku polskim zupełnie inaczej będzie słowem operowała. Stąd wersja śląska jest zabawna i prosta, polska – dłuższa i wyposażona we wszelkie możliwe i konieczne środki literackie.

Jeśli idzie zaś o zawartość merytoryczną. Komisorz Hanusik i Sznupok to zbiór trzech opowiadań, w których pojawia się nowa postać – tytułowy Sznupok (kapitalna gra słowem!*). Każda z krótkich form zawartych w tomie stanowi odrębną całość, stąd książka może być czytana dowolnie – jak komu wygodnie, jak kto lubi, jak co kogo zainteresuje.

Pierwsze opowiadanie, Grzychy ôd naszych fatrōw (Grzechy naszych ojców) skupia się wokół zabójstwa pewnej kobiety, a śledztwo prowadzi prosto do kluczowych dla pewnych kręgów nazwisk Śląska – Musioła, Pluty i Sojki.

Drugi tekst, Pōn cynku (Władca cynku) wzbudziło mój największy entuzjazm opowiada bowiem losy Karola Goduli, które to na wielki ekran chciała przenieść ekipa prosto z  Hollywood, zmieniając co nieco w i tak niebywale filmowym i bogatym w tajemnice życiorysie śląskiego Władcy Cynku. Podczas nagrywania kolejnych ujęć, dochodzi do zaginięcia odtwórcy głównej roli. Jego poszukiwania prowadzą wprost na ślad dawno zaginionego skarbu, którego legenda od lat obiega Górny Śląsk.

Postać Goduli silnie wiąże się z moim miastem, stąd przyjemność płynąca z lektury była zwielokrotniona. Jest to także opowiadanie, w którym wiele kwestii (ze względu na pochodzenie bohaterów) wypowiadana jest po angielsku.

Heksa z  Rojcy (Wiedźma z Rojcy) to moim zdaniem opowiadanie, w którym pierwsze skrzypce grają czary, magia i gusła. Oto jedna z bohaterek przepowiada przyszłość, widząc wydarzenia mogące zaniepokoić organy  ścigania. Akcja toczy się między innymi na Chebziu, ale także w siedzibie Sejmu Śląskiego w Katowicach. To jedyny z tekstów zawartych w tym tomie, który tak silnie wychyla się w kierunku śląskich wierzeń.

Książka mnoży się od topograficznych perełek. Na kartach książki obok wspomnianych już miejsc pojawia się m.in. Cafe Kattowitz, jak i bliższa mi (choć niewymieniona z nazwy, ze źródła wiem jednak, że mam rację) Księgarnia Bookszpan. Nie ukrywam, że uwielbiam (nie jestem w tym jak sądzę odosobniona) czytać o tym, co znane. A takiej rozrywki dostarczył mi właśnie Melon i najnowszy tom przygód komisarza Hanusika.

Jeśli obawiacie się czy książka może Was zaciekawić, bo losy Śląska nie były Wam dotąd znane, potraktujcie ją jako ciekawostkę. Obiecuję, że się nie zawiedziecie i będziecie chcieli więcej.

* http://gryfnie.com/slownik-slaski/sznupac/

Anna Szczurek, czytelniczka Filii nr 16

SALONIKOWE WIEŚCI. PORA DOBREJ KSIĄŻKI

SALONIK ARTYSTYCZNY Filii nr 16

PORA NA LEKTURĘ

Krótka książka o miłości – Karolina Korwin-Piotrowska

Ktoś powie – ładna mi krótka. Ale faktycznie – bo jak na kilkuset stronach wyrazić miłość pielęgnowaną przez całe życie? Jak na tej minimalnej powierzchni pisarskiej zawrzeć wszystko to, co chciałoby się powiedzieć? Jak przedstawić nagromadzoną przez lata wiedzę, doświadczenie i ogromne przywiązanie do produkcji filmowych? I wreszcie – jak się ograniczyć? W obliczu tych dylematów, książka faktycznie staje się opowieścią krótką – z  musu okrojoną, z  konieczności zwięzłą. Mimo wszystko, to daje nam jednak pewną nadzieję (i to potwierdzoną!) na kolejne tomy tej historii, na kolejne odcinki opowieści o miłości do filmu. A kto mówi o niej lepiej i bardziej frapująco niż Karolina Korwin-Piotrowska? Kto zachęci bardziej, rezygnując przy tym z  wyświechtanych zwrotów?

Autorka dzieli się z czytelnikiem swoją pasją i robi to brawurowo! Dzięki niej nabrałam ochoty nawet na oglądanie tego, co dotąd nie mieściło się w kręgu moich zainteresowań – choć ten od jakiegoś czasu jest dość szeroki. Korwin-Piotrowska rozochociła mnie na nowo. Od lat mam ambicję nadrobić klasykę kina, lecz czasami błądzę po omacku – poświęcam czas temu, co nie do końca warte jest uwagi, temu co nierzadko jest przeintelektualizowane, przesadzone lub zwyczajnie miałkie i kiepskie. Dzięki tej książce wyposażona zostałam w kompas – już wiem w  jakim kierunku się udać, gdzie skręcić, jak nie utracić wytyczonej ścieżki i nie zawędrować na manowce. Dzięki, Autorko! 

Wiele moich typów zostało potwierdzonych, ale równie wiele przemilczanych. Póki co zatem skupię się na tym, co faktycznie jest polecane, nie tylko przez krytyków i recenzentów mianujących co drugą produkcję dziełem, i którym nie do końca już ufam. Korwin-Piotrowska po świecie filmów porusza się niezwykle zgrabnie – każdą produkcję pokrótce opisuje, wyraża swoje zdanie, pokazuje co ją ujęło, a co nie. Dodatkowo, wszelkie wymieniane filmy wyposażone są w  „dane techniczne”: datę produkcji, reżysera, obsadę, zdobyte nagrody, i – co bardzo mnie urzekło – cytat wiodący.

Podobnie jak poprzednia książka autorki (Ćwiartka raz) także i ta utrzymana jest w bliźniaczej konwencji – mamy zdjęcia, kolorowe zaznaczenia niektórych fragmentów tekstu, mamy również „zakreślony” tytuł kolejno omawianej produkcji. Bardzo w moim stylu – przypomina to na bieżąco aktualizowany notatnik.

Wyborna to lektura, szczególnie dla młodych adeptów kina i odkrywców filmowego zaplecza światowego. Co ja zresztą mówię – to książka dla wszystkich! Starsi z rozrzewnieniem wspomną wizyty w kinie, młodsi odkryją tytuły, których nie znali, a które koniecznie poznać powinni i z sentymentem wrócą do tego, co nieco nowsze i najnowsze.
Dobra rzecz!

MIŁEJ LEKTURY
Anna Szczurek, czytelniczka Filii nr 16